wielkifutbol - Historia Startu Pawłów

 


HISTORIA STARTU PAWŁÓW W LATACH 1990-1999


 

Zdjęcie zostało zrobione pod koniec lat 80-tych. Występują na nim: od lewej Grzegorz Mazurek, Żukowski Artur, Koniński Dariusz, Grądkowski Jacek, Borysiuk Zbigniew, Kułaga Sławomir, Dyrlaga Artur, Adamiec Zbigniew, Rasiński Mariusz, Ciechomski Andrzej, Pyrtak Andrzej. Foto G. Mazurek.

 

 

1. Reaktywacja Startu Pawłów

Drużyna Startu Pawłów na stałe zapisała się w historii naszej miejscowości i była przez dziesięciolecia elementem kultury, w której uczestniczyli wszyscy chętni do rozwijania swojej futbolowej pasji. Piłka nożna była jednym z nielicznych elementów rozrywki dostępnych w Pawłowie i dlatego w niedzielne popołudnia stadion był obowiązkowym celem dla większości mieszkańców. Przez okres funkcjonowania drużyny przewinęło się dziesiątki graczy, gdzie jedni zakończyli swoje występy na kilku meczach, inni grając przez lata na stałe zapisywali się w historii pawłowskiego futbolu. Ja także miałem okazję grać w barwach Startu Pawłów w latach 1991-1999 z czym wiąże się duża liczba wspomnień z rozegranych meczów, treningów, wyjazdów czy komicznych historii, które zostaną przedstawione na łamach Głosu Pawłowa.

Sięgając moją pamięcią do najwcześniejszych wspomnień o piłkarstwie w Pawłowie muszę wrócić do połowy lat osiemdziesiątych, kiedy istniała drużyna reprezentująca naszą miejscowość na arenie rozgrywek lokalnych. Mecze odbywały się w co drugą niedzielę i wzbudzały zainteresowanie miejscowych fanów futbolu. Oczywiście do sympatyków piłki nożnej należał także mój ojciec, który zabrał mnie na stadion, kiedy byłem małym chłopcem i miałem 3-4 lata. Niestety niewiele pamiętam z tych wydarzeń, oprócz głośnej i emocjonalnej reakcji kibiców z racji strzelenia bramki przez nasz zespół.






Pierwszymi meczami, które zapamiętałem, były rozgrywki z sezonu 1990-91, kiedy w lidze występowała drużyna trampkarzy. W większości spotkań nasza ekipa ponosiła porażki, oprócz ostatniego meczu tej drużyny w Zawadówce z miejscowym Zadrzewiem, zremisowanym 2-2 i jak mi relacjonowali wtedy starsi koledzy, toczonym przy ulewnym deszczu. W rozgrywanych spotkaniach w Pawłowie zawsze był problem z boiskiem. Przed każdym meczem był wymóg odpowiedniego przygotowania murawy, z czym bywało różnie. Okoliczni gospodarze traktowali płytę piłkarską jako pastwisko dla swojego bydła. Mecze trampkarzy odbywały się w soboty i zawsze na dwie godziny przed pierwszym gwizdkiem sędziego zbierało się kilku zawodników w celu odpowiedniego przygotowania linii, założenia siatek, wstawienia chorągiewek na kornerach i usunięcia nieczystości. Nie zawsze udało się to wykonać w 100 procentach i doszło kiedyś do takiej sytuacji, kiedy zawodnik drużyny z Krasnegostawu wszedł wślizgiem i niestety, nie będzie dobrze pamiętał naszego boiska. Problem używania murawy jako pastwiska został ostatecznie rozwiązany odpowiednim zakazem wypasania pogłowia, przewidującym karę za takie działanie.

Moje początki w drużynie zaczęły się od uczęszczania na każdy trening i ... podawania piłek. Czasami jednak starsi piłkarze brali mnie do drużyny co dla małego chłopaka było dużą nobilitacją. Trenerem był wtedy Andrzej Kosz, gracz 4-ligowej Sparty Rejowiec. Trenując w tamtych czasach nie było żadnych napojów izotonicznych typu PowerRade, tylko większość z nas po skończonych zajęciach udawała się w stronę studni zlokalizowanej przy zakręcie i tam gasiliśmy pragnienie. Po jednym z treningów nasz szkoleniowiec, dojeżdżający sportową  kolarzówką, zadał mi pytanie na które czekałem od dawna: - "Karol czy chcesz z nami trenować?" Odpowiedziałem, że bardzo chętnie, po czym doświadczyłem przepływu ogromnej ilości pozytywnej energii. Przychodząc na każdy trening i obserwując grę starszych kolegów marzyłem, aby stać się kiedyś pełnoprawnym piłkarzem Startu Pawłów i w końcu moje marzenie urzeczywistniło się. W sezonie 1991-1992 drużyna Startu Pawłów wystawiła do rywalizacji dwie drużyny - juniorów i seniorów. Podczas jednego z ostatnich treningów wybraliśmy kapitana, na którego został mianowany Marcin Kozieł. Przedmecze juniorów w rundzie jesiennej odbywały się o godzinie 11, zaś mecz seniorów dwie godziny później. Pierwsze ogłoszenia informujące o meczach A-klasy były rozwieszanie pod kościołem, Domem Kultury i słupach ogłoszeniowych. Były robione sposobem domowym czyli kolorowa kartka papieru, na której długopisem umieszczano informacje o drużynach rywalizujących danego dnia.

Pierwsze mecze drużyny juniorskiej i seniorskiej rozgrywane na stadionie Startu Pawłów w sezonie 1991-1992 musiały spełniać określone wymogi Okręgowego Związku Piłki Nożnej, więc boisko po kilkuletnich zaniedbaniach musiało przejść gruntowną renowację. Trzeba było dokładnie odmierzyć linię końcową, pola karnego, środkową, odmalować pordzewiałe bramki, skosić trawę czy wyrównać murawę specjalnie sprowadzonym na tą okazję walcem. Trybuny dla publiczności (rozmieszczone wokół opony) także wymagały renowacji i uzupełnienia niezbędnych braków. Podczas pierwszych meczów rundy jesiennej linie boczne i pola karnego wyznaczaliśmy ... piaskiem, co było wtedy ewenementem na całą ligę. Po wypełnieniu tych zaleceń boisko było gotowe do rozegrania meczów w chełmskiej klasie A.

Premierowym meczem nowej drużyny była rywalizacja z LZS Ludwinów na stadionie w Pawłowie. Ekipa gości nie wystawiła wtedy zespołu juniorskiego, więc pierwszy pojedynek młodzieżowców został odłożony na kolejną niedzielę. Seniorzy, w przeciwieństwie do młodej drużyny, mogli zaprezentować licznie przybyłym kibicom to co najlepsze w ich wykonaniu, czyli atak, miażdżąc gości wynikiem hokejowym 10-0. Bohaterem spotkania został Marek Korchut, strzelając pięć bramek, czym wzbudził zachwyt kibiców, określających go mianem "Pelego". Wynik dwucyfrowy był dobrym początkiem nowego sezonu i pozwalał zacząć ligę z pozycji lidera. 

Kolejnym przeciwnikiem była drużyna LZS Serebryszcze, gdzie na mecz wybraliśmy się busem, który był w stanie pomieścić tylko jedną drużynę i w sumie kierowca trasę Pawłów - Serebryszcze  pokonywał czterokrotnie. Boisko w tej małej miejscowości na trasie do Dorohuska położone było w lesie i podczas rozgrzewki piłka po nieudanym strzale wypadła poza bramkę w gęste zarośla i pomimo prób jej odnalezienia wróciliśmy do Pawłowa bez czarno-białej futbolówki. Ostatecznie nasz premierowy juniorski występ w lidze zakończył się remisem 1:1, przy czym udało nam się zdobyć bramkę z przewrotki, jakiej nie powstydziłby się wtedy najlepszy piłkarz na świecie Holender Marco Van Basten.

Kolejnym meczem była potyczka z LZS Warka Syczyn. Marka piwa w nazwie drużyny jednak nie świadczyła o sponsoringu możnego browaru, raczej o korzystaniu z jego produktów przez graczy z Syczyna. Goście stanowili tło dla naszej drużyny i ulegli 8:3, z czego najlepszymi graczami byli bracia Marcin i Kamil Kozieł, zdobywcy pięciu bramek. Podczas tego meczu udało mi się zadebiutować w drużynie juniorów w wieku 9 lat. Byłem wtedy najmłodszym zawodnikiem w zespole a drugi najmłodszy gracz był o trzy lata starszy. Ogólnie grając w tak młodym wieku w drużynie juniorów nie uświadamiałem sobie, że oficjalny wiek w tej kategorii waha się w przedziale 18-19 lat. Normalnym faktem jednak był, szczególnie w drużynach niższych lig, debiut w drużynie seniorskiej w wieku 15-16 lat a gracz 18-letni był już uznawany za doświadczonego "wyjadacza" ligowego.

Następnym przeciwnikiem na naszym boisku była drużyna z Cycowa- Błękit. Jako zespół zaczynający swój premierowy sezon w lidze nie posiadaliśmy żadnej szatni i do meczów przebieraliśmy się na trybunach. Jednak przed meczem z Błękitem nad stadionem przeszła rzęsista ulewa i nie było żadnej możliwości przebierania się pod gołym niebem. Rozwiązania tego problemu podjął się  pan Adam, kierownik drużyny, który postarał się o szatnię w ... stodole, w gospodarstwie pani Szokaluk położonym nieopodal stadionu. To miejsce przyniosło nam szczęście i wygraliśmy ten mecz, w którym także miałem udział grając w pierwszej połowie.

Oprócz wspomnianych wyżej spotkań, które w szczególny sposób zapisały mi się w pamięci, rozegraliśmy także mecz z LZS Wytyczno, w którym czerwoną kartkę ujrzał Andrzej Jonik za wybicie piłki ręką z bramki, czym uchronił remis 2:2. Ostatni mecz sezonu jesiennego zagraliśmy w Brzeźnie, gdzie w typowo jesiennych warunkach pogodowych odnieśliśmy zwycięstwo. Po meczu w Brzeźnie zakończyliśmy w miarę udaną rundę i przed zbliżającą się zimą odbyliśmy kilka ostatnich treningów. Na jednym z końcowych spotkań część graczy ustaliła miejsce w którym obejrzeli zapisany na video mecz eliminacyjny do Mistrzostw Europy Polska - Anglia, zremisowany przez Polaków 1:1. Chodziło o podpatrywanie zwodów najlepszych piłkarzy z naszego kraju a także z Anglii i późniejsze wykorzystywanie tych umiejętności w walce z rywalem. Przerwa zimowa trwała długie 4 miesiące i każdy z graczy Startu Pawłów nie mógł się doczekać początku kwietnia, kiedy ruszała runda rewanżowa.



 
2. Pierwszy sezon

Przygotowania do rundy wiosennej zaczęły się od spotkań w każdą niedzielę na stadionie, gdzie rozgrywaliśmy mecze w różnych warunkach - śnieg, mróz czy deszcz. W miarę zbliżania się rundy rewanżowej treningi odbywały się dwukrotnie, we wtorki i piątki. Jednym z elementów budowania formy były wycieczki biegowe prowadzone przez Jacka Klina na trasie ze stadionu do lasu na Krzywowoli i z powrotem. Nie musze mówić, że była to dla niektórych graczy prawdziwa katorga, skutkami której były zakwasy, utrzymujące się przez tydzień.

W końcu nadeszła runda rewanżowa i pierwszym przeciwnikiem była drużyna z Ludwinowa, która przegrała z nami w rundzie jesiennej 0:10. Nie byłem obecny na tym meczu, ale spotkanie zakończyło się naszym zwycięstwem i wykonaliśmy kolejny krok w kierunku awansu do klasy okręgowej. Patrząc na naszych przeciwników to ekipa spod Dorohuska przegrywała swoje spotkania o wiele wyżej niż 0:10, notując w rundzie wiosennej astronomiczne wyniki takie jak 1:16 czy 0:14.

Podczas tych rozgrywek w pamięci utkwił mi mecz w Syczynie, dokąd udaliśmy się już większym autokarem mogącym pomieścić cały skład juniorów i seniorów, a także liczne grono kibiców, szczelnie wypełniających miejsca siedzące i stojące. Po przybyciu na miejsce i po opuszczeniu autobusu wszyscy udali się na stadion położony na skraju łąki! Obiekt drużyny "Warki Syczyn" nie wzbudzał zbytnio zachwytu, nie posiadał ławek ani ogrodzenia. Do tego linia pola karnego była wytyczona "na oko" - do przepisowych 16 metrów brakowało jej dwóch. Jednak największą atrakcją były drewniane bramki! Gospodarze widocznie żyli w zgodzie z naturą i do budowy użyli drewna z pobliskiego lasu zamiast żelaza. Od samego początku owy relikt stał się celem naszych piłkarzy z najsilniejszym uderzeniem, jednak żadnemu z nich nie udało się przełamać konstrukcji syczyńskiej bramki. W tym spotkaniu zagrałem ostatnie kilkanaście minut i miałem szansę na zdobycie bramki, jednak udaną centrę z prawej strony przeniosłem kolanem nad bramką przeciwnika. Podczas tego spotkania doszło do kabaretowej sytuacji, w której dwóch naszych graczy stojąc 5 metrów przed bramkarzem nie trafiło w piłkę, marnując stuprocentową sytuację. W sumie z Syczyna wracaliśmy z podwójną tarczą, bo juniorzy i seniorzy odnieśli zasłużone zwycięstwo. Ostatecznie na koniec rundy wiosennej drużyna Startu Pawłów zajęła miejsce premiowane awansem, zaś juniorzy okazali się najlepszą drużyną w całej rywalizacji chełmskiej A-klasy, za co Chełmski Okręgowy Związek Piłki Nożnej ufundował specjalny puchar.

 

 Zdjęcie zostało zrobione przed meczem z LZS "Warką" w Syczynie w 1992 roku. W tle widać opisaną we wspomnieniach drewnianą bramkę. Na fotce występują: Klin Jacek - trener, Rokicki Stanisław, Szajner Jarosław, Umieniuk Grzegorz, Ciechomski Zbigniew, Rzepecki Sławomir, Koman Marcin, Ziomek Grzegorz, Grzegorz Rasiński, Żukowki Artur. Dolny rząd: Kuczyński Norbert, Kwiatkowski Karol, Borys Rafał, Kozieł Kamil, Jonik Andrzej, Marcin Kozieł, ŚP. Marcin Kułaga i bramkarz Ziomek Grzegorz. Foto: G. Mazurek.


Kolejnym etapem budowania infrastruktury służącej drużynie była szatnia dla graczy i sędziów. Z racji braku możliwości zbudowania podobnego obiektu na torfowym terenie, na którym usytuowany był stadion, wybór padł na stary barak. Znajdował sie on przy drodze na stawy nazywane przez Pawłowian "torfy", tuż przy spółdzielni rolniczej. Został on zaholowany na betonowy krąg, znajdujący się obok boiska i tam zaczęliśmy go remontować w celu przystosowania do nowej szatni. Wspólnymi siłami piłkarzy całej drużyny (moja pomoc polegała na przyniesieniu młotka, który później zaginął) nowo wyremontowana szatnia ujrzała światło dzienne i nie musieliśmy się przebierać pod gołym niebem na starych oponach. W późniejszym terminie oddana do użytku została także szatnia dla sędziów

Przygotowując się do pierwszego sezonu w klasie okręgowej rozegraliśmy sparring w Rejowcu z Kryształem. Nietypowo jako pierwsi wbiegli na boisko seniorzy, wygrywając to spotkanie 4:0 a po ostatnim gwizdku na murawie zaprezentowali się juniorzy. Nie byłoby nic szczególnego w tym meczu, gdyby nie zakończył się on serią rzutów karnych. Jednym ze strzelających był nasz bramkarz Grzegorz Ziomek, który przerwał siatkę w bramce, uderzając futbolówkę z ogromną siłą. Można sobie tylko wyobrazić jak dużą prędkość miała piłka strzelona przez naszego zawodnika!

W sezonie 1992-1993 nasza drużyna zaczęła rywalizację w chełmskiej klasie okręgowej meczem z Ogniwem Wierzbica, jednak goście nie stawili się na spotkanie i zakończyło się ono walkowerem dla Startu. Kolejny mecz, który utkwił mi w pamięci to przegrana potyczka ze spadkowiczem z klasy międzywojewódzkiej Hutnikiem Dubeczno. Spotkanie zakończyło się  porażką naszego zespołu 3:4, pomimo prowadzenia w meczu 3:1. Co było charakterystyczne kibice gości zaopatrzeni byli niczym fani w ekstraklasie - w kolorowy bęben i syrenę, które być może miały wpływ na skuteczną końcówkę w wykonaniu drużyny z hutniczej miejscowości. Z meczów wyjazdowych pamiętam wyprawę do Sawina, gdzie na starym jeszcze stadionie "Saweny" nasi gracze nie zaprezentowali się zbyt udanie i przegrali potyczkę, co było tylko potwierdzeniem słabej formy ekipy seniorów na wyjazdach. Jeśli chodzi o drużynę juniorską to nie mieliśmy się czego wstydzić, gdyż jedynie ulegliśmy u siebie liderowi rozgrywek "Hutnikowi Dubeczno", który ustanowił rekord w liczbie goli wbitych przeciwnikowi w meczu z "Ogniwem Wierzbica" wygrywając 24:0. W jednej z gazet podsumowujących rundę jesienną dziennikarz napisał, że bramkarz "Ogniwa" puszczał gola średnio co 3,5 minuty. Istny rekord świata! Nasza ekipa także zapisała sie pozytywnymi zgłoskami w statystykach wygrywając mecz na własnym boisku ze Spółdzielcą Siedliszcze 14:1, co zapewne jest rekordem klubu z Pawłowa jeśli chodzi o rozmiary zwycięstwa.

W meczach rundy rewanżowej "Start Pawłów" jako beniaminek musiał  walczyć o każdy punkt przybliżający do zapewnienia sobie utrzymania w lidze. Z tego okresu pamiętam dwa wyjazdy. Pierwszy do Dubeczna, gdzie po raz pierwszy i zarazem ostatni zagraliśmy na bocznym boisku, gdyż główna murawa przechodziła gruntowną renowację. Ogólnie stadion w Dubecznie sprawiał pozytywne wrażenie, posiadał bieżnię, zadbaną płytę i trybuny. Widać było, że huta szkła w tej podwłodawskiej miejscowości nie żałowała funduszy na zbudowanie drużyny, która ostatecznie pod koniec sezonu awansowała do klasy międzywojewódzkiej. Drugim meczem wyjazdowym na którym się  pojawiłem to była wyprawa do Wojsławic. Obiekt "Vojsławii" jest położony w starym wyrobisku, skąd dawniej pozyskiwano piach i kibic siedzący na ławkach rozstawionych na skarpie ma wyjątkowy widok z góry na piłkarzy. Z przegranego nieszczęśliwie meczu juniorów w pamięci pozostały mi dwa rzuty karne niewykorzystane przez naszych graczy i spotkanie zakończyło się naszą przegraną 0:1. Ostatecznie na finiszu sezonu seniorom udało nam się utrzymać jednopunktową przewagę nad strefą spadkową i liga okręgowa została uratowana w Pawłowie.

Podsumowując pierwsze dwa lata występów "Startu Pawłów" w chełmskiej klasie "A" i okręgowej nie można zapomnieć o graczach występujących w drużynie. Część z nich grała w większości spotkań, zaś niektórzy zakończyli swoją przygodę z piłką nożną po rozegraniu zaledwie kilku spotkań.

JUNIORZY: Grzegorz Ziomek, Tomasz Ziomek, Krzysztof Piskorz, Jarosław Szajner, Kamil Kozieł, Marcin Kozieł, Radosław Kosz, Andrzej Jonik, Norbert Kuczyński, Marcin Kułaga, Grzegorz Umieniuk, Rafał Borys, Mariusz Filipczuk, Stanisław Rokicki.

SENIORZY: Jacek Grątkowski, Andrzej Borysiuk, Krzysztof Umieniuk, Andrzej Ciechomski, Dariusz Ciechomski, Grzegorz Mazurek, Dariusz Koniński, Artur Żukowski, Krzysztof Kwiatkowski, Mariusz Dudek, Marek Korchut, Radosław Tokarski, Jacek Klin.



 

Zdjęcie zostało wykonane w 1995 roku podczas meczu oldboys vs Start Pawłów. Stoją od lewej: Zduńczuk Adam, Ziomek Tomasz, Rudnik Dariusz, Rzepecki Antoni, Rasiński Mariusz, Sławiński Janusz, Rasiński Zbigniew, Kwiatkowski Krzysztof, Dudek Mariusz, Nakielski Janusz , Zbigniew"Bubla" Nakielski, Kosz Leszek, Kurcewicz Leszek - Na dole: Tokarski Radosław, Ciechomski Andrzej, Żukowski Arek, Umieniuk Krzysztof, Koniński Dariusz, Mazurek Grzegorz, Ciechomski Dariusz "Pawlak", Borysiuk Andrzej, Kosz Radosław, Kozieł Marcin "Kempes".

 

3.Zwycięstwo ze Spartą Rejowiec

W sezonie 1993-1994 rozegrałem dwa spotkania z "Ogniwem Wierzbica" i "Kryształem Rejowiec", po czym miałem roczny rozbrat z piłką. Podczas mojej nieobecności w drużynie doszło do wielu pozytywnych zmian. Drużynę przejął ponownie Andrzej Kosz i znacznie poprawiła się baza treningowa. Gruntownej renowacji został poddany park znajdujący się za boiskiem, wycięte zostały dzikie krzewy i skoszona została trawa. Dzięki temu piłkarze mogli trenować na murawie w parku, zamiast niszczyć płytę stadionu. Kolejnym elementem była wymiana "trybun". Mianowicie wysłużone opony oddały miejsca wygodnym ławkom rozmieszczonym wokół stadionu. Jedynym elementem upamiętniającym stare trybuny był rząd opon wkomponowany za bramką od strony parku, na których umieszczono pseudonimy wszystkich obecnych wtedy graczy pawłowskiego Startu. Oprócz nowego miejsca treningowego i nowych siedzeń dla publiczności także boisko zwiększyło swoją długość ze względu na nowe umiejscowienie bramki od strony zachodniej. 

 

 



  Na zdjęciu napastnik Startu Pawłów Grzegorz Mazurek w wygranym meczu 7:2 z Vojsławią Wojsławice. Trzy bramki w tym meczu strzelił Radosław Kosz a dwie Mazurek.

 

W sezonie 1994-1995 drużyna grała już trzeci sezon w chełmskiej klasie okręgowej i widoczne było ogranie młodych zawodników na tym szczeblu rozgrywek. Z ekipy walczącej o utrzymanie powoli stawaliśmy się solidnym średniakiem, który mógł sprawić niespodziankę i wygrać z wyżej notowanym rywalem. Zwiększyła się ilość treningów na których w większości obecny był cały skład. Do drużyny dołączyło także kilku graczy z Rejowca Fabrycznego, występujących wcześniej w Sparcie Rejowiec.

Podczas przerwy zimowej w Szkole Podstawowej w Pawłowie na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja o naborze do nowopowstającej sekcji trampkarzy młodszych i starszych. Wtedy jako uczeń szóstej klasy kwalifikowałem się do trampkarzy  młodszych i mniej więcej sekundę zajęła mi decyzja o powrocie do piłki...

Pierwszy trening odbył się pod koniec marca, kiedy to w grupie składającej się w większości z piłkarzy pochodzących z Pawłowa rozegraliśmy pierwsza mini gierkę pod opieką Andrzeja Kosza. Fakt był taki, że byłem wtedy najbardziej doświadczonym zawodnikiem grupie i miło było usłyszeć ciepłe słowa powitalne od starszych kolegów zaczynających swoje zajęcia po naszej sesji treningowej. Spotkania odbywały się trzy razy w tygodniu - wtorek, czwartek i piątek o godzinie 15.30, gdzie z tygodnia na tydzień dołączali do nas coraz to nowi gracze. Gros z nich stanowili młodzi piłkarze z Krasnego i Rejowca Fabrycznego, którzy musieli pokonywać 4-5 kilometrów w jedną stronę rowerem albo pieszo, co świadczyło pozytywnie o ich zapale do gry i zapewne miłości do piłki nożnej. Na treningach pracowaliśmy nad poprawieniem elementów piłkarskich począwszy od najprostszych podań prostym podbiciem, kończąc na taktyce. Czasami sposobem doskonalenia naszego warsztatu piłkarskiego były zajęcia kondycyjne, znienawidzone przez większość piłkarzy. Jednak zawsze ostatnim elementem treningu był mini-mecz rozgrywany pomiędzy wszystkimi trampkarzami. Był to najprzyjemniejszy element naszych spotkań, bo jednak dla młodego chłopaka największą przyjemność przynosi gra w piłkę nożną. W przeciągu kilku miesięcy istnienia ekipy trampkarzy przewinęło się w sumie kilkudziesięciu graczy, z których część zrezygnowała, zaś z pozostałych zaczął powoli się krystalizować team, który miał skutecznie walczyć w lidze. Tworzyliśmy zgraną ekipę, reprezentującą z każdym dniem coraz to wyższy poziom. Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i podobnie było z niedoszłą drużyną trampkarzy Startu Pawłów, która ostatecznie nigdy nie wystartowała w rozgrywkach i pozostaje w gestii domniemania czy byśmy może okazali się lepsi od młodej ekipy Granicy Chełm, która ostatecznie wygrała te rozgrywki? W szerokim gronie zawodników uczęszczających na treningi znaleźli sie wtedy min: Kamil Brzezicki, Kamil Krzysiak, Piotr Wójcik, Adam Niwiński, Damian Kozioł, Piotr Łopaciuk, Sebastian Kuczyński, Michał Boruchalski, Paweł Boruchalski, Michał Juszkiewicz, Wojciech Trojnara, Radosław Dudziak, Daniel Kowalczuk, Rafał Brzyśko, Michał Miazga, Wojciech Szokaluk i inni.

Wracając do sezonu 1994-1995 w pamięci utkwiły mi dwa mecze seniorów. W pierwszym z nich przeciwnikiem była drużyna z Sawina, której zawodnik przeprowadził historyczną akcję.  W przypadku nakręcenia jej kamerą video można było uzyskać milionową widownię na portalu You Tube! Mianowicie po kiksie jednego z naszych obrońców piłkarz "Saweny" znalazł się sam na sam z pustą bramką i ... nie strzelił! Na nasze szczęście potknął się na piłce w momencie oddawania strzału i chwilę później defensor oddalił niebezpieczeństwo od naszej bramki. Druga sytuacją zapisana w mojej pamięci miała miejsce w meczu z Sokołem Krasnystaw. Drużyna gości po uzyskaniu prowadzenia 2:0 kontrolowała przebieg spotkania i była bliska strzelenia trzeciej bramki. Jednak sytuacja na murawie uległa diametralnej zmianie na skutek nadciągającej burzy. Ogromna, błękitna, burzowa chmura nadciągnęła nad stadion, dając impuls do ataku dla naszej drużyny. Najpierw strzeliliśmy bramkę kontaktową, zaś chwilę później wyrównaliśmy wynik spotkania na 2:2. Gra toczyła sie przy strzelających piorunach i rzęsistych opadach deszczu i pomimo tak niekorzystnych warunków arbiter spotkania nie przerwał. Większość kibiców schroniła się przy szatni, jednak kilku najbardziej zagorzałych fanów nie przestraszyło sie szalejącej burzy stojąc i obserwując rywalizację pod wysokimi sokorami, otaczającymi nasze boisko. Po przejściu nawałnicy naszym graczom udało się strzelić zwycięskiego gola za sprawą Krzysztofa Kwiatkowskiego, po czym sędzia zakończył ten niewątpliwie emocjonujący mecz.



 Rok 1995 , na pierwszym planie: Andrzej Ciechomski, w tle Grzegorz Mazurek, Marcin Kozieł i Dariusz Ciechomski.

 

Jak wspominałem wcześniej drużyna trampkarzy nie wystartowała w rozgrywkach i duża część ekipy, w tym i ja, przeszła do drużyny juniorów na początku sezonu 1995-1996. Przed pierwszym spotkaniem nabyłem w sklepie sportowym jeden z najważniejszych elementów dla piłkarza - ochraniacze, podstawowy element wyposażenia dla gracza chroniącego swoje nogi w starciu z rywalem. Oczywiście były odstępstwa od normy nawet w przypadku zawodowych graczy. Maciej Szczęsny, uznany za największego twardziela ligi polskiej, w meczu rewanżowym eliminacji Ligi Mistrzów IFK Goeteborg - Legia Warszawa grał przez pierwsze 20 minut bez tzw. "desek", po czym sędzia tego spotkania nakazał założenie brakującego sprzętu pod groźbą ukarania żółtym kartonikiem. Spotkanie ostatecznie zakończyło się zwycięstwem Legii Warszawa, która jako pierwszy polski klub awansowała do rozgrywek Ligi Mistrzów.

Drużyna Startu po krótkich przygotowaniach przedsezonowych w Pawłowie, gdzie odbyliśmy tylko kilka małych gier, rozegrała pierwszy mecz z Sokołem Krasnystaw. Mecz juniorów zakończył się naszą przegraną 1:5 i zostałem wpuszczony na boisko w drugiej połowie. Występ w oficjalnym meczu po dłuższym rozbracie był nieudany i odczuwałem wtedy brak ogrania. W przeciwieństwie do drużyny młodzieżowej nasi seniorzy spisali się na medal, wygrywając ciężki pojedynek 1:0 po bramce zdobytej przez Andrzeja Ciechomskiego. Kolejnym ważnym faktem było to, że relacje ze spotkań ligi okręgowej zamieszczał na swoich łamach "Tygodnik Chełmski" i w każdą środę można było przeczytać informację o zdobywcach bramek, składach, liczbie widzów i opinii dziennikarzy o wyróżniających się zawodnikach. Po meczu z drużyną krasnostawską nasz bramkarz Robert Jarzębski został wyróżniony jako ten, "który swoją dobrą postawą pozwolił zachować czyste konto po stronie gospodarzy.



W następnej kolejce mieliśmy za przeciwnika "drużynę zza miedzy" - Spartę Rejowiec. Ten mecz zapisał się w annałach historii pawłowskiej piłki, który można porównać do słynnego remisu na Wembley drużyny Kazimierza Górskiego czy zwycięstwa Górnika Zabrze nad Romą w półfinale Pucharu Mistrzów. Każda z występujących drużyn w rozgrywkach ligowych ma jedno pamiętne spotkanie o którym wspomina się latami. W przypadku Startu Pawłów takim meczem był pojedynek z drużyną z sąsiedztwa Spartą Rejowiec, gdzie spadkowicz z ligi międzywojewódzkiej chełmsko-zamojskiej przystępował do sezonu z zamiarem ponownego awansu. Ekipa Sparty była uważana za mocną na 5 ligę i za słabą na 4, więc rok po roku kibice oglądali zespoły z dwóch lig, rywalizujących z drużyną w Rejowcu Fabrycznym.

Na mecz wyjechaliśmy mocno spóźnieni, mniej więcej o godzinie 10.45 przyjechał po nas autokar i musieliśmy się w nim szybko przebierać, żeby zdążyć na pierwszy gwizdek sędziego. Po kilkuminutowej rozgrzewce rozpoczęliśmy spotkanie. Murawa stadionu była rozmokła, gdyż na kilka godzin przed meczem spadł rzęsisty deszcz, co jednak pozwalało nam na skuteczną obronę ze znacznie lepszym rywalem. W pierwszej odsłonie meczu mogliśmy nawet objąć prowadzenie - po dośrodkowaniu Tomasza Haby w pole karne miałem dobrą sytuację, jednak nie byłem w stanie czysto uderzyć piłki i nie udało nam się uzyskać prowadzenia. Pierwsza połowa zakończyła się wynikiem bezbramkowym i mieliśmy nadzieję na uzyskanie korzystnego rezultatu w drugiej części. Niestety w jednej z licznych akcji podbramkowych zawodnik gospodarzy został sfaulowany i sędzia wskazał na punkt oddalony o 11 metrów od bramki. Do piłki podszedł kapitan juniorów Sparty Tomasz Adamiec, strzelając, jak się okazało jedynego, zwycięskiego gola.

Po przegranym meczu juniorów o godzinie 13 sędzia pozwolił na rozpoczęcie "lokalnych derby". Patrząc na drużynę gospodarzy na początku spotkania można było pomyśleć, że mecz ze Startem skończy się klęską naszej drużyny. Od samego początku gospodarze przystąpili do frontalnego ataku i tylko dzięki dobrej postawie naszego bramkarza Roberta Jarzębskiego straciliśmy tylko jedną bramkę, którą strzelił Świr. W przerwie meczu przebywając w autokarze piłkarze nie rozpaczali z powodu utraty bramki, wręcz przeciwnie, myśleli o pokonaniu rywala! Sparta nie grała już tak dobrego futbolu w końcówce pierwszej połowy, jakby wystrzeliwując swój cały arsenał w pierwszych dwudziestu minutach gry. Nasz napastnik Marcin Kozieł miał jako przeciwnika na swoim skrzydle mało zwrotnego obrońcę i tam pawłowscy gracze szukali luki, przez którą mogłaby pójść zwycięska akcja.

Rywalizacja w drugiej części zmieniła się diametralnie w stronę gości i to właśnie piłkarze z Pawłowa strzelili wyrównującą bramkę za sprawą wymienionego wcześniej "Kempesa",  zaś druga bramka była tylko kwestią czasu. Na dziesięć minut przed końcowym gwizdkiem Grzegorz Mazurek vel "Chudy" strzelił zwycięską bramkę w zamieszaniu podbramkowym. Jak powiedział emocjonalnie po meczu - "uderzając piłkę z dość ostrego kąta nie byłem do końca przekonany, że trafi ona do bramki i serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Jednak w końcu minęła ona linię bramkową i mogliśmy się cieszyć ze zwycięskiej bramki". Gol Mazurka sprawił dziką, szaleńczą furię szczęścia wśród licznie przybyłych kibiców z Pawłowa. Ostatnie minuty mijały na nieudolnych próbach wyrównania przez graczy z Rejowca Fabrycznego, jednak nasza obrona spisywała się bardzo dobrze i w końcowym rozrachunku wygrała po raz pierwszy w historii ze Spartą Rejowiec na jej stadionie. Nasi bohaterowie tego pamiętnego meczu po ostatnim gwizdku sędziego uszczęśliwieni weszli do autokaru  i wtedy Krzysztof Umieniuk vel "Guma" powiedział: "panowie to teraz 4 liga chełmsko-zamojska nasza!" Faktycznie, pokonaliśmy spadkowicza z wyższej ligi, prezentując o wiele lepszą grę i wygrywając na jego terenie. Do tego okazaliśmy się lepsi od odwiecznego rywala, z którym zawsze dostawaliśmy baty w poprzednich meczach, jednak tego dnia los się do nas uśmiechnął i odnieśliśmy jeden z najważniejszych sukcesów pawłowskiej piłki. Jak później relacjonował "Tygodnik Chełmski" w relacji cała drużyna z Pawłowa zasłużyła na pochwałę....



Jeden z bohaterów historycznego meczu ze Spartą Rejowiec - Grzegorz Mazurek.

 

 



Relacja z meczu Sparta-Start w "Tygodniku Chełmski.

 

4. Jesienny lider

Po wygraniu wyjazdowego meczu w Rejowcu Fabrycznym pokonaliśmy kolejnego rywala zza miedzy "Kryształ Rejowiec" i zostaliśmy liderami klasy okręgowej po trzech kolejkach! Jednak w następnych spotkaniach nastąpił spadek formy wśród naszych piłkarzy i ekipa balansowała między drugim a czwartym  miejscem w tabeli. W ostatnim meczu u siebie w rundzie jesiennej podejmowaliśmy słabą ekipę gości z Siedliszcza i to spotkanie miało być dla nas spacerkiem. Jednak z ostro grającymi zawodnikami Spółdzielcy nasi napastnicy nie mogli sobie poradzić i kiedy każdy myślał, że na boisku padnie remis na 2 minuty przed końcowym gwizdkiem na solową akcję zdecydował się Radosław Tokarski, mijając kilku obrońców jak tyczki slalomowe, wyłożył piłkę do Grzegorza Mazurka, który nie miał problemów z umieszczeniem jej w siatce gości. Po zwycięskiej bramce strzelonej przez Start nad całym stadionem przeszedł huragan krzyku dwóch setek gardeł cieszących się ze zdobytego gola. Warto dodać, że bohater ostatniej akcji Radek Tokarski studiował w Gdyni i specjalnie na każdy mecz Startu pokonywał pociągiem ogromny dystans znad morza na Lubelszczyznę i z powrotem. Wielki brawa za takie poświęcenie!

Przed ostatnią kolejką spotkań w której wybraliśmy na najdalszy wyjazd w całej lidze, do Różanki, mieliśmy szansę zasiąść na fotelu lidera tylko w przypadku zwycięstwa. Przychodząc na zbiórkę przedmeczową pod Dom Kultury każdy członek zespołu grzązł w kilkunastocentymetrowej warstwie śniegu, który niespodziewanie spadł podczas sobotniej nocy. Ostatni mecz rundy jesiennej rozgrywaliśmy 5 listopada, więc takie anomalia pogodowe zaskoczyły nas całkowicie. Nie spodziewaliśmy się lepszych warunków w odległej Różance, gdyż opady śniegu były notowane w całej Polsce. Dodatkowym faktem związanym z tym dniem były wybory prezydenckie w których, jak wiadomo, wygrał Aleksander Kwaśniewski. Z rozmów piłkarzy czy jadących z nami kibiców, frekwencja z ich strony w lokalu wyborczym jednak nie należała do wysokich. Po przyjeździe na stadion Płomienia warunki do gry były takie same jak w naszej rodzinnej miejscowości czyli boisko bardziej nadawało się do zawodów biegowych na nartach niż do gry w piłkę nożną. Po odpowiednim przygotowaniu się do gry (nałożeniu dresów, czapek i rękawiczek), wybiegliśmy na murawę. Przez cały mecz juniorów w większości akcji rządził przypadek i ciężko było skutecznie podać piłkę do partnera z drużyny. W tym meczu przy anormalnych warunkach okazaliśmy się lepsi o jedną bramkę od rywala i z niecierpliwością czekaliśmy na mecz seniorów. Nasza starsza ekipa rozpoczęła rywalizację od straty bramki, jednak strzał czołowego gracza gospodarzy Koli Borodijuka nie był w stanie obronić nawet najlepszy bramkarz na świecie. Po uderzeniu z 25 metrów piłka wylądowała w samym okienku bramki strzeżonej przez Roberta Jarzębskiego. Po kilku minutach udało się nam wyrównać i do końca pierwszej połowy obie strony miały szanse na objęcie prowadzenia. W jednej z akcji gospodarzy w zamieszaniu podbramkowym nasz bramkarz został sfaulowany przez rywala, na skutek czego uderzył głową w słupek i stracił przytomność na kilka chwil. Na szczęście nic poważnego się nie stało i mógł kontynuować grę. W drugiej odsłonie meczu padło w sumie trzy gole, z czego dwa zostały zapisane na konto Startu i sędzia zakończył spotkanie z korzystnym dla nas rezultatem 3-2. Zwycięstwo w Różance oznaczało pierwsze miejsce w chełmskiej lidze okręgowej i fotel lidera. Za naszymi plecami uplasowały się: Sokół Krasnystaw, Sparta Rejowiec i Kryształ Rejowiec, więc drużyny o większym budżecie a także posiadających swojego opiekuna. Powrót do Pawłowa upłynął wszystkim w wyśmienitych nastrojach i na wszystkich graczy czekały specjalne paczki w ramach podziękowania za udaną grę.



W przerwie zimowej lider rozgrywek przygotowywał się bez trenera. Spotkaliśmy się kilka razy przed pierwszym meczem rundy rewanżowej na boisku, jednak nie zawsze nadawało się ono do rozgrywania małych gierek ze względu na długą, śnieżną zimę trzymającą do końca marca. Jak wspomniałem wcześniej nie mieliśmy żadnego szkoleniowca i pierwsze miejsce w lidze osiągnięte przez naszych graczy było ogromnym sukcesem.

Wiosenna runda rewanżowa rozpoczęła się od meczu w Krasnymstawie z miejscowym Sokołem. W mieście nad Wieprzem istniały dwie drużyny - "Start" i "Sokół". Pierwszy był bardziej utytułowany i występował w 4 lidze, grając na Stadionie Miejskim, położonym w centrum. W drugiej ekipie grali zawodnicy nie mieszczący się w składzie Startu oraz młodzi gracze ogrywający się klasę niżej. Stadion Sokoła znajdował się na krasnostawskich Błoniach, gdzie na terenie wcześniejszych łąk zostały rozlokowane boiska, na których trenowały grupy młodzieżowe i odbywały się turnieje. Pierwszy nasz mecz rundy wiosennej odbywał się w warunkach, które z wiosną miały niewiele wspólnego. Mianowicie pogoda była taka sama, jaką mieliśmy w ostatnim meczu sezonu jesiennego w Różance. Zaczynając mecz z Krasnostawianami liczyliśmy na podobny rezultat jak w meczu z Płomieniem, jednak zarówno juniorzy i seniorzy przegrali swoje mecze 3:7 i 1:4. Dla mnie jedynym plusem meczu juniorów była moja bramka strzelona po dobitce strzału Arkadiusza Błaszczuka. Oprócz tego podczas spotkania seniorów jeden z napastników gospodarzy, nie radzący sobie z naszymi rosłymi obrońcami, krzyknął: "ale silne te chłopy ze wsi!". Na odpowiedź z naszej strony nie trzeba było długo czekać. Nasz ówczesny prezes Krzysztof Kulig skontrował w rewanżu: "Krasnystaw to taka metropolia, że się mówi Warszawa koło Krasnegostawu!", na co większość kibiców zgromadzonych wokół boiska parsknęło śmiechem.

Drugim meczem rundy rewanżowej, rozgrywanej już w normalnych warunkach, było spotkanie ze "Spartą Rejowiec". Przed meczem udałem się do prezesa w celu wymiany obuwia  piłkarskiego, gdzie dostałem nowe korkotrampki marki "Stomil" i obiecałem w nich strzelić gola.  W momencie przymierzania butów do gabinetu szefa przyszedł nasz napastnik Marek Korchut, w pełni podekscytowania mówiąc o zbliżającym się według niego "meczu stulecia".

Przedsmak głównego meczu z rywalem z Rejowca Fabrycznego został uświetniony rywalizacją juniorów zakończoną naszą nikłą porażką 0-1, przy czym sędzia powinien uznać bramkę wyrównującą, gdyż piłka po strzale Mariusza Filipczuka po odbiciu się od spojenia słupka z poprzeczką minęła całym obwodem linię bramkową. Niestety, na naszą niekorzyść, sędzia liniowy bramki nie uznał. Na godzinę przed pierwszym gwizdkiem arbitra na stadionie zaczęli się pojawiać liczni kibice gości, którzy mieli do pokonania dystans tylko 5 kilometrów. Spotkanie dwóch lokalnych drużyn wzbudziło największe zainteresowanie w historii futbolu w Pawłowie. Na trybunach okalających boisko a także za bramkami zasiadło około 400 kibiców, co było ewenementem na skalę piątej ligi. Dodam także, że na niektóre mecze drużyn drugiej ligi przychodziło po 100 fanów futbolu, więc taka liczba jak w Pawłowie zrobiła ogromne wrażenie. Fani Sparty także, jako jedyni w historii meczów Startu, zastosowali zorganizowany doping w formie śpiewu, szalików czy odpalenia środków pirotechnicznych. W meczu seniorów goście przegrywając pierwszy mecz ostrzyli sobie zęby na rewanż i już od pierwszych minut zyskali znaczną przewagę. Mecz cały czas toczył się pod dyktando Sparty, która wygrała 3-1, pewnie zmierzając po awans do klasy międzywojewódzkiej chełmsko-zamojskiej.

W kolejnej części rozgrywek nasza ekipa seniorska grała nieprzygotowana fizycznie i taktycznie, na co wpłynęło brak odpowiedniego przygotowania podczas przerwy zimowej.  Udało się jej odnieść tylko jedno zwycięstwo nad "Kryształem Rejowiec" 4-3, zaś ostatni mecz sezonu 1995-96 z "Płomieniem Różanka" miał szczególny wydźwięk w mediach. "Tygodnik Chełmski" zrobił podsumowanie drużyn chełmskiej klasy okręgowej i w rubryce poświęconej naszej ekipie wspomniał o mniejszym niż zwykle zaangażowaniu naszych graczy w ostatnim meczu sezonu z Płomieniem Różanka, rywalem potrzebującym zwycięstwa do utrzymania w lidze. Ostatecznie Start zajął 7 miejsce, tracąc po skończonych rozgrywkach dwóch podstawowych graczy - obrońcę Tomasza Ziomka i napastnika Marcina Kozieła, którzy przeszli do beniaminka czwartej ligi Sparty Rejowiec.



 Opis sezonu 1995-1996, autor skupił się na rundzie wiosennej, "Tygodnik Chełmski", lipiec 1996.

 

 Tabela sezonu 1995-1996, wiosenna i meczów u siebie.

 

Tabela sezonu 1995-1996, mecze wyjazdowe i końcowa

 


 

 

  Tabela sezonu 1995-1996, juniorzy










 


 

 

 5. Spadek po równi pochyłej

 Przygotowując się do sezonu 1996-97 nasz team został znacznie osłabiony i każdy był przygotowany na ciężką walkę o utrzymanie w klasie okręgowej. W dalszym ciągu nie było trenera, więc w ramach przygotowań do rundy jesiennej mieliśmy kopię tego, co robiliśmy w poprzednich latach. Na trzy tygodnie przed początkiem rozgrywek spotykaliśmy się na boisku w celu przeprowadzenia gierki na małe bramki i to było naszą podstawową częścią treningu. Na początku rundy, oprócz Kozieła i Ziomka, ubyło najważniejsze ogniwo naszego zespołu - bramkarz. Robert Jarzębski zaczął odbywać służbę wojskową i tym samym drużyna potrzebowała nowego golkipera. Jednym z kandydatów do przejęcia schedy był Marek Kowalski, broniący bramki Startu w latach 80-tych, do momentu odniesienia poważnej kontuzji. Przysłowie mówi, że bramkarz musi być szalony i podobnie było w przypadku "Kowala". Pawłowski "El Loco" był znany z oryginalnego poczucia humoru, sypiąc dowcipami wszelkiej treści o każdej porze dnia i nocy. Zagrał on w jedynym meczu sparringowym z Kłosem Okszów i było to wyjątkowe spotkanie, albowiem większość fanów zgromadziła się za bramką, której strzegł. Publika co chwila wybuchała śmiechem, słuchając komentarzy na temat wydarzeń boiskowych albo dowcipów serwowanych przez naszego bramkarza. W drużynie gości występował Krzysztof Wyrostek, piłkarz grający w charakterystycznej chustce-bandance i to właśnie on stał się celem okrzyków "Kowala" do obrońców: "pilnuj tego w chustce, zablokuj tego w chustce czy ten w chustce jest wolny". W końcu, w ferworze walki bandana spadła z głowy gracza Kłosa na co Kowalski w charakterystyczny dla niego sposób zaśmiał się barytonem mówiąc: "oj spaaadłaaaa". Wszyscy wtedy siedzący na bramką parsknęli śmiechem, skupiając całą uwagę nie na toczącym się meczu, tylko na naszym bramkarzu. Ostatecznie nie był to zły mecz naszego golkipera, miał kilka udanych interwencji i wskoczył tym samym do pierwszej jedenastki na premierowy mecz sezonu 1996-1997 z Hutnikiem Ruda Huta. Niestety, nie był to udany występ naszej całej drużyny, gdyż beniaminek z A-klasy stał się naszym srogim nauczycielem, na skutek czego ulegliśmy 1:8. Marek Kowalski po tym meczu zakończył występy w Starcie.

 W drugiej kolejce czekał nas wyjazd do Wojsławic, gdzie mieliśmy zagrać ze spadkowiczem z IV ligi - Vojsławią. W drodze na mecz nasi gracze obawiali się rywala, wśród których prym wiódł najlepszy napastnik Zbigniew Szadziuk. Artur Żukowski, dobry duch zespołu, w autokarze dużo wspominał o tym napastniku i mobilizował do walki kolegów z zespołu.

Rywalizacja rozpoczęła się od przedmeczu juniorów, w którym strzeliłem swoją jedna z najładniejszych bramek. Po minięciu obrońcy oddałem strzał lewą nogą z narożnika pola karnego i piłka, po odbiciu się od spojenia słupka z poprzeczką, wylądowała w siatce rywali. Po skończeniu spotkania "młodych" a także zadowolony z faktu strzelenia pięknego gola, czekałem na rozpoczęcie rywalizacji seniorów.

Niestety, podobnie jak w przypadku ostatniego pojedynku z Hutnikiem Ruda Huta, nasza formacja obronna nie podjęła rywalizacji ze spadkowiczem z 4 ligi, notując szkolne błędy i pozwalając na rozwinięcie skrzydeł graczom Vojsławii. Wynik pierwszej połowy 0:12! Dosłownie co strzał to gol! W przerwie nikt z graczy nie miał ochoty rozmawiać na temat tego, co się stało w pierwszych 45 minutach gry, nikt nie krzyczał czy nie analizował nieudanej pierwszej połowy. Nastała cisza, tak była podłamana nasza drużyna. Niektórzy w milczeniu myśleli o walkowerze bo w końcu to tylko 0:3 a nie cztery razy więcej. W drugiej odsłonie nastąpiła wymiana bramkarza i gracze Vojsławii zaaplikowali "tylko" 6 bramek, powiększając swój dorobek do 18 trafień. Sam Szadziuk strzelił co najmniej 6 bramek, skutecznie wysforowując się na czoło klasyfikacji strzelców. Naszej drużynie nie wychodziło nic tamtego dnia, bo pod koniec spotkania nie potrafiliśmy nawet wykorzystać rzutu karnego!

Negatywny wynik nie obył się bez echa w mediach, gdzie w artykule "Disco Polo nie popłaca" w gazecie "Piłkarz i inni" była zamieszczona informacja o rekordowej przegranej naszego zespołu. Autor tej publikacji nie do końca był rzetelny, bo jak wiadomo klubu z disco polo w Pawłowie nigdy nie było, tylko funkcjonowała normalna dyskoteka w Domu Kultury. Czy sobotnie wyjścia do klubu miały wpływ na negatywną formę naszej ekipy? Myślę, że nie. Większość z nich pojawiała się w sobotni wieczór na imprezie i różnie bywało z trzymaniem formy przedmeczowej, jednak w wielu przypadkach, pomimo kaca, udawało się zachować twarz i nie ulegając w takim rozmiarze jak w Wojsławicach.

Po nieudanym starcie sezonu w klubie doszło do "trzęsienia ziemi". Działaczom udało się wzmocnić skład graczami z Rejowca Fabrycznego (min. Dariusz Świr) i Chełma (Marek "Roman" Romanowski i Krzysztof Zduńczuk). Pierwszego z nich Dariusza Świra mogę uznać, na podstawie wcześniejszych meczów w Sparcie Rejowiec, za "pawłowożercę". We wszystkich naszych meczach czy to towarzyskich czy ligowych wpisywał się na listę strzelców i decydował o grze rejowczan. Jego cechą rozpoznawczą były strzały zza pola karnego, czego dowodem były trzy bramki zdobyte w kolejnych potyczkach podczas rudny wiosennej, uderzeniami jakich nie powstydziłby się najlepszy wtedy w kraju egzekutor rzutów wolnych Sławomir Wojciechowski. Oprócz strzałów z dystansów charakterystyczny u niego był inny punkt widzenia na sporne sytuacje na boisku, czego dowodem były częste utarczki słowne z arbitrami.

Przełomowym meczem był wyjazd do Różanki na mecz z „Płomieniem” ,gdzie gospodarze nie spodziewali się żadnego zagrożenia z naszej strony, bazując na poprzednich, nieudanych pawłowskich potyczkach i bilansem bramkowym 1-26. Jednak po odpowiednich wzmocnieniach to właśnie my rozdawaliśmy karty i okazaliśmy się górą nad rywalem spod białoruskiej granicy.

Przed początkiem sezonu wiosennego drużynę juniorów objął Jacek Klin, przeprowadzając sesje treningowe dwa razy w tygodniu. We wtorek odbywały się zajęcia, podczas których ćwiczyliśmy zagrania meczowe takie jak gra dwóch na dwóch przed linią pola karnego czy starty do piłki. Podczas piątkowych sesji ćwiczyliśmy oddawanie strzałów z różnych pozycji a wszystko kończyła gra na małe bramki. W rundzie wiosennej drużyna juniorów grała w kratkę, plasując się w środku tabeli. Jednym z najgorszych meczów był z „Płomieniem”. Po pierwszej połowie wygrywaliśmy 2:0 i nic nie zapowiadało klęski w drugiej. Niestety nie utrzymaliśmy należytej koncentracji, tracąc trzy bramki i nie strzelając żadnej. Marnym usprawiedliwieniem mógł być padający deszcz, jednak nie powinniśmy przegrać tego meczu. Na pierwszym treningu po nieudanym niedzielnym występnie trener Jacek Klin zadał jedno pytanie: - niech każdy z was indywidualnie odpowie dlaczego przegraliście ten mecz?

Naszym najlepszym graczem w juniorach był wtedy napastnik Arkadiusz Błaszczuk -„Rekin”, strzelający gole prawie w każdym spotkaniu. Można było powiedzieć, że był naturalnym snajperem, piłka go wręcz szukała w polu karnym i miał piłkarskiego „nosa” do zajęcia odpowiedniej pozycji. Przykładem jest gol strzelony w pierwszych sekundach meczu z Łopiennikiem, kiedy to bezlitośnie wymanewrował obrońców gości i wpisał się na listę strzelców. Do tego potrafił skutecznie wykreować sobie sytuację bramkową, po której wpisywał się na listę strzelców.

Jeśli chodzi o seniorów to w rundzie rewanżowej ekipa czasami pokazywała charakter, notując min. remis 2:2 z silnym Kłosem Okszów - liderem rozgrywek. Jedno ze spotkań rozegraliśmy w Łopienniku. Był to mecz bez historii, zakończył się bezbramkowym remisem, jednak była pewna rzecz charakterystyczna dla obiektu Perły. Oprócz tego, że nie było żadnych ławek dla kibiców to w poprzek stadionu biegła ścieżka. Była ona dość mocno uczęszczana, czego efektem było naturalne wgłębienie. Nie pozwalało ono na celne podania czy bieg bez potknięcia. Czasami piłka kopnięta do partnera z drużyny zmieniała tor i znajdowała się w nieszczęsnej ścieżce. Jeśli jesteśmy przy drużynie z Łopiennika to warto wspomnieć, że dojeżdżała ona na mecze najbrzydszym autokarem w całej lidze.

 

Ostatecznie sezon zakończyliśmy w Rejowcu, grając z klubem noszącym wcześniej nazwę Kryształ, a później, z racji połączenia go z Zadrzewiem Zawadówka, zmienionym na Unia Rejowiec. Ostatecznie, po katastrofalnym początku rozgrywek, udało nam się zająć bezpieczne miejsce w środku tabeli i z nadzieją czekać na przyszły sezon.



 Siedzą z lewej: z "wąsikiem" Leszek Kurcewicz, Andrzej Borysiuk, Andrzej Ciechomski, Krzysztof Umieniuk, Artur Żukowski i Dariusz Koniński.

 

Przed sezonem 1997-98 nastąpiła duża rotacja w składzie. Z Rejowca Fabrycznego nasz skład wzmocnili min: Marcin Muszyński i Dawid Baran. Na pierwszy mecz pojechaliśmy do Pławanic, gdzie na twardej murawie wygraliśmy przedmecz juniorów 3:2. Byliśmy mocno osłabieni, nie byliśmy zebrać całej 11-stki, jednak dzięki woli walki i zaangażowania w grę okazaliśmy się lepsi. Miałem w nim swój udział zapisując na swoje konto dwie bramki strzelone uderzeniami zza pola karnego, zaś zwycięskiego gola w zamieszaniu podbramkowym zdobył Sebastian Tokarski.

W tym sezonie najważniejszym spotkaniem dla mnie był mecz z Unią Rejowiec. W drużynie gości występowali znajomi z mojego Liceum (min. bramkarz Jakub Śliwiński) a także kolega z klasy Marcin Maziarczuk. Chciałem, aby Start pokazał się jak z najlepszej strony, tym bardziej, że w tym meczu zagrałem jako kapitan. Ostatecznie po ciężkiej walce ulegliśmy 0:1, nieznacznie odstępując poziomem od wyżej notowanego rywala. Uczęszczając do szkoły w Rejowcu miałem okazję poznać i grać z piłkarzami występującymi w Starcie Krasnystaw, Zadrzewiu Zawadówka, Unii Rejowiec (Łukasz Studziński, Sebastian Sochacz), Chełmiance, Sparcie Rejowiec Fabryczny (Bartosz Bodys, Kamil Góra, Piotr Kozłowski i Rafał Wilczyński, autor strony internetowej http://rafalontour.blogspot.co.uk/ o groundhoppingu) czy Bracie Siennica Nadolna. Do tego moim nauczycielem wychowania fizycznego a także klasowym wychowawcą był Tomasz Wieczorek, znana postać w świecie piłkarskim, piłkarz i trener wielu klubów. Wielki pasjonat sportu, dziennikarz, organizator, działacz, spiker, uczestnik programów telewizyjnych, biznesmen. Jednym słowem człowiek-orkiestra, z którym nie można się nudzić.

Kolejną osobą z chełmskiej piłki był Cezary Kaczor, jeden z prezesów w Okręgowym Chełmskim Związku Piłki Nożnej. Jak na taką małą szkołę zgromadziła się tutaj sama śmietanka chełmskiego piłkarstwa! W każdy poniedziałek wymienialiśmy się wynikami swoich meczów i dzieliliśmy się wrażeniami. Z tej grupy została wyłoniona reprezentacja naszego liceum na rozgrywki międzyszkolne, udając sie na nie do Krasnegostawu, na wspomniane wcześniej błonia. Naszym opiekunem był Tomasz Wieczorek. Mało kto brał nas poważnie za faworytów, bo nikt nie znał naszego zespołu, składającego się tylko z czynnych piłkarzy, występujących w swoich klubach. Zagrałem jako pracy obrońca we wszystkich meczach, skończywszy na finałowym zwycięstwie 3:2 nad faworyzowanym Liceum nr 1 w Krasnymstawie, po bramce strzelonej głową przez Pawła Iwaniuka, byłego gracza Zadrzewia Zawadówka i Unii Rejowiec. Był to największy w historii sukces rejowieckiego liceum, za który otrzymaliśmy okazały puchar!

Wracając do historii Startu. W późniejszych, jesiennych kolejkach klasy okręgowej zarówno drużyna juniorów i seniorów nie błyszczała, zjeżdżając po równi pochyłej na samo dno tabeli. W rundzie wiosennej udało mi się zadebiutować w drużynie seniorów od pierwszej minuty w starciu z Bratem w Siennicy Nadolnej, ledwo co kończąc 16 lat. Co charakterystyczne było dla tego miejsca: stadion położony jest na piaszczystym podłożu, w cieniu bloków mieszkalnych i przebiegającej obok linii kolejowej. Głównym problemem był  brak trawy na większej części murawy i wzbijający się kurz, szczególnie podczas spotkań rozgrywanych w słonecznej pogodzie. Ostatnim meczem Startu w chełmskiej lidze okręgowej był wyjazd do Rudej Huty na mecz z Hutnikiem, który zakończył się naszą porażką i tym samym zostaliśmy zdegradowani do najniższej klasy rozgrywkowej A-klasy.

Okres występowania w lidze okręgowej zakończyliśmy po 6 sezonach, które obfitowały w piękne zwycięstwa i katastrofalne porażki. Raz sezon kończyliśmy w dolnych rejonach tabeli a raz udało nam się wygrać rundę jesienną. Jednak wszystko co dobre kiedyś się kończy i tak samo było z występami w 5 lidze. Trzeba było przygotowywać się do rundy jesiennej w A-klasie. Być może spadek z ligi okręgowej podziałał mobilizująco na działaczy i od początku okresu przygotowawczego do sezonu 1998-99 mieliśmy zajęcia z Lechem Czarneckim, byłym zawodowym piłkarzem, występującym min. w pierwszoligowym Motorze Lublin. Od razu było widać w nim dobrą rękę trenerską, bo zyskał szacunek starszych kolegów z zespołu. Treningi prowadzone przez niego były urozmaicone, większość czasu zajmowały nam zajęcia z piłkami, podczas których doskonaliliśmy zagrania meczowe. Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu i przynosiły efekty w postaci zwycięstw w lidze. Dobra passa nie trwała jednak zbyt długo, gdyż przed meczem z LZS Bezek nasz trener odmówił współpracy z nami i zostaliśmy bez trenera. Nie wiem do końca jaki był powód rezygnacji Lecha Czarneckiego z kierowania naszą drużyną, jednak mógł dokończyć to co zaczął i nie zostawiać całego zespołu na lodzie w trakcie rundy jesiennej. We wspomnianym wyżej meczu z Bezkiem udało mi sie zdobyć premierowego gola w drużynie seniorów, mając wkład w odniesieniu zwycięstwa 4:3. Podczas tej rundy najciekawsze starcie, mogące być materiałem szkoleniowym dla obrońców pod tytułem "Jak nie tracić głupich bramek", miało miejsce w Siedliszczu. Do 90 minuty prowadziliśmy 1:0 i w miarę kontrolowaliśmy przebieg spotkania. Jednak dwie chwile nieuwagi w doliczonym czasie gry kosztowały nas dwie bramki za sprawą najlepszego snajpera gospodarzy Roberta Pasternaka i do Pawłowa wróciliśmy z niczym. W sezonie jesiennym, oprócz nowego trenera, zespół wzmocniło trzech nowych graczy: obrońcy Robert Jarzębski i Krzysztof Holuk i pomocnik Wawrzyniec Sosnowski. Było to solidne wzmocnienie drużyny, szczególnie formacji obronnych. Oprócz tego Jarzębski często zapuszczał się w pole karne przeciwników, gdzie wygrywał pojedynki główkowe i strzelał bramki.

W rundzie wiosennej na stałe zadomowiłem się w pierwszej drużynie seniorów na pozycji prawego obrońcy. Szczególnie dobrze zapamiętałem wyjazd do Dubienki na mecz z miejscowymi Dębami. Po rozegraniu pierwszej połowy w juniorach, zagrałem cały mecz w drużynie seniorów. Spotkanie zakończyło się naszym zwycięstwem 6-2 i tego niedzielnego popołudnia wszystkie zagrania wychodziły nam idealnie. Każda formacja zagrała koncertowo i gracze gospodarzy nie mieli nic do powiedzenia. W kolejnych spotkaniach graliśmy już nie tak skutecznie jak z Dębami, przeplatając korzystne wyniki z porażkami.. W ostatnim meczu zmierzyliśmy się w Cycowie z Błękitem. Sama nazwa miejscowości budzi ciekawość i uśmiech na twarzy, więc czytając kiedyś felieton sportowy w "Rzeczpospolitej" zauważyłem, że autor zaczął wymieniać najbardziej śmieszne nazwy klubów sportowych w Polsce. Oczywiście dziennikarz nie mógł pominąć drużyny naszych przeciwników, kończąc artykuł "niebo nad polską piłką ma kolor Błękitu Cyców". Oprócz charakterystycznej nazwy drużyna posiadała stadion położony daleko za centrum, mianowicie trzeba było jechać polną drogą 2 kilometry i na skraju lasu ukazywała się murawa Błękitu. Jeśli chodzi o miejscowych kibiców to na dużą frekwencję nie można było liczyć, gdyż nie wszystkim fanom futbolu chciało się wybierać na tak daleko położony obiekt. Wracając do ostatniego mojego meczu w Starcie Pawłów wygraliśmy to spotkanie 2:1, po bramkach "Wawrzyka" i "Kempesa", podejmując walkę z dobrze grającym przeciwnikiem. Po meczu, z którego wróciliśmy zgniecieni jak sardynki w puszcze, jadąc starym Żukiem "blaszakiem", udaliśmy się do Kaniego. Celem było uroczyste przyjęcie zorganizowane przez Mirosława Maziarza, naszego działacza, z okazji zakończenia sezonu.



 

Zdjęcie przedstawia szarżującego w polu karnym Grzegorza Mazurka w meczu o puchar CHOZPN ze Startem Krasnystaw. Mecz został rozegrany w Pawłowie w listopadzie 1996 roku i zakończył się przegraną drużyny z Pawłowa 1:2. Bramkę dla Startu zdobył Dariusz Ciechomski.

 

 

6. Historia Startu Pawłów w latach 1990-1999 - zakończenie

Przed początkiem kolejnego sezonu nie do końca było jasne, czy drużyna przystąpi do rozgrywek czy zostanie wycofana. Przed jednym z meczów przedsezonowych nasze spotkanie obserwowała wyjątkowa postać. Był nią Jacek Ziarkowski. Nie wybrał tego spotkania ze względu na miłość do pawłowskiego klubu czy szukaniu inspiracji w poziomie naszej gry. Po prostu pojawił się w celu obejrzenia gry swoich znajomych z Rejowca Fabrycznego, grających w Starcie. Wtedy występował on w drugoligowej Avii Świdnik i był jej czołowym strzelcem. Jak wiadomo później przeszedł do Hetmana Zamość, skąd trafił do pierwszoligowej Odry Wodzisław, gdzie jego kariera nabrała rozpędu. Patrząc z perspektywy czasu można stwierdzić, że Jacek Ziarkowski był najbardziej utytuowanym zawodnikiem, który obserwował mecz Startu Pawłów!

W końcu jednak ekipa wystartowała w ostatnim, jak się później okazało, sezonie 1999-2000 w rozgrywkach chełmskiej klasy A zwyciężając na wyjeździe z Leszkopolem Bezek 3:2. Rywalizacja drużyny z Pawłowa odbywała się już bez mojego udziału, z jednym wyjątkiem. Zagrałem w drugim meczu zremisowanym 1:1 z LZS Pławanice i na tym zakończyłem grę w Starcie Pawłów. Drużyna dokończyła sezon do końca i została rozwiązana. Jakie były tego przyczyny? Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie, gdyż byłem już poza ekipą i nie miałem informacji z pierwszej ręki. Po zakończeniu działalności drużyny seniorów i juniorów próbowano kontynuować pracę z młodzieżą, tworząc rok później skład trampkarzy młodszych i starszych, który po jednym sezonie gry także został rozwiązany.

 Dlaczego skończyłem swoją przygodę z futbolem? Po kilku latach grania w piłkę poczułem stagnację i chciałem osiągnąć coś więcej niż gra w A-klasie. Niestety, nie byłem talentem piłkarskim z "papierami na wyższą ligę", więc priorytetem stała się inna dyscyplina sportu - lekkoatletyka a dokładniej biegi na średnim i długim dystansie. Osobą, dzięki której zacząłem swoją przygodę z bieganiem, był kolega z zespołu Marek Kociuba, jednocześnie trenujący lekkoatletykę. Pewnego razu przeglądając wyniki biegów ulicznych w Nałęczowie przeczytałem, że wygrał on swój bieg i został nagrodzony okazałym pucharem. Pomyślałem sobie wtedy: nadszedł czas na zmianę! "Zawiesiłem buty na kołku" i zacząłem treningi biegowe. Miałem to szczęście, bo w Rejowcu Fabrycznym była taka osoba jak Zbigniew Szczepański, prowadzący grupę utalentowanych biegaczy. Zmieniając dyscyplinę sportu z zespołowej na indywidualną mogłem uzależnić swoje wyniki tylko od siebie i wybieganych tysięcy kilometrów w pawłowskich lasach, czego efektem był mój udział w Mistrzostwach Polski Juniorów w biegach przełajowych, zdobycie drugiego miejsca w drużynowym Pucharze Polski w Warszawie czy zwycięstwo w lokalnych biegach w Krasnymstawie, Chełmie czy Zamościu. Oprócz zdobycia pucharów, medali i dyplomów dzięki bieganiu miałem okazję wyjazdów na niezapomniane zimowe obozy przygotowawcze do Szklarskiej Poręby czy poznanie na żywo takich osobowości w świecie lekkoatletyki jak Robert Korzeniowski, Kamila Skolimowska, Paweł Czapiewski, Szymon Ziółkowski czy Artur Partyka. 

Podsumowując okres gry Startu Pawłów w rywalizacji na szczeblu chełmskiego OZPN w latach 90-tych można stwierdzić, że był to owocny czas. Od momentu startu w rozgrywkach trampkarzy w 1990 roku było pewne to, iż futbol w Pawłowie od zawsze cieszył sie ogromnym zainteresowaniem młodych jak i starszych mieszkańców. Były dwa miejsca, gdzie zawsze można było spotkać graczy - na łące prowadzącej do zalewu i na stadionie w parku, więc potencjał piłkarski został zmaterializowany w postaci zgłoszenia ekipy do rozgrywek chełmskiej A-klasy w 1991 roku. Drużyna juniorów i seniorów składała się z wartościowych zawodników, którzy wywalczyli awans do klasy okręgowej po premierowym sezonie. Mogłoby się wydawać, że jako beniaminek będą znacznie odstawać do reszty zespołów, jednak tak nie było. Start wywalczył bezpieczne miejsce w tabeli i z sezonu na sezon coraz bardziej zaczął pukać do bram 4 ligi czyli ówczesnej klasy międzywojewódzkiej chełmsko-zamojskiej. Skład drużyny seniorów opierał się na graczach "złotej jedenastki" czyli juniorów, którzy zostali mistrzami A-klasy w sezonie 1991-92. Z biegiem lat ci młodzi piłkarze ogrywali się w seniorskiej piłce i skutecznie rywalizowali w lidze, czego efektem było pierwsze miejsce na półmetku rozgrywek sezonu 1995-96, gdzie w pokonanym polu zostawili min. odwiecznego rywala Spartę Rejowiec, odnosząc historyczne zwycięstwo na jej boisku 2:1. Niestety, drużyna nie utrzymała pozycji lidera w rundzie wiosennej i awans o klasę wyżej pozostał w sferze marzeń kibiców i piłkarzy. Z ekipy odeszło kilku kluczowych piłkarzy, na skutek czego klub osiągał coraz gorsze wyniki. Ostatnie dwa sezony w lidze okręgowej i dwa kolejne w chełmskiej A-klasie były ostatnimi w historii naszego klubu.

Istnienie Startu było dla mieszkańców Pawłowa miłą odskocznią od życia codziennego, kiedy mogli przyjść na stadion i kibicować swoim znajomym lub sąsiadom. Dawał on także możliwość treningu dla młodych chłopaków, pragnących rywalizacji na szczeblu ligowym. Szczytowym punktem frekwencji na treningach i meczach Startu był rok 1995, kiedy istniały drużyny trampkarzy młodszych i starszych, juniorów i seniorów, szacując liczbę trenujących na 60-70 osób! Na treningach prowadzonych przez Andrzeja Kosza uczestniczyli nie tylko mieszkańcy Pawłowa ale także Rejowca Fabrycznego, Krasnego i okolicznych miejscowości. Klub doczekał się wychowanków grających z sukcesami w wyższych ligach - Marcin i Kamil Kozieł, Radosław Kosz, Radosław Tokarski czy Tomasz Ziomek, świadcząc o tym, że zaczynając przygodę nawet w tak małym klubie jak nasz można wypłynąć na szersze, futbolowe wody.

Na koniec pozwoliłem sobie wybrać najlepszą jedenastkę graczy występujących w Starcie Pawłów w latach 1990-1999. Bramkarz - Robert Jarzębski; Obrońcy - Tomasz Ziomek, Andrzej Kosz, Marcin Jarzębski; Pomocnicy - Kamil Kozieł, Radosław Kosz, Krzysztof Kwiatkowski, Andrzej Ciechomski, Artur Żukowski; Napastnicy - Marcin Kozieł, Grzegorz Mazurek. Do tego zestawienia można także dodać wyróżniających się piłkarzy na przestrzeni wymienionych lat: Jacek Grątkowski, Dariusz Kamiński, Andrzej Borysiuk, Krzysztof Umieniuk, Marek Romanowski, Dariusz Ciechomski, Wawrzyk Sosnowski, Mariusz Dudek, Grzegorz Dudek, Marek Korchut i Radosław Tokarski.




Stoją od lewej: Zduńczuk Adam, Ziomek Tomasz, Rudnik Dariusz, ŚP. Rzepecki Antoni, Rasiński Mariusz, Sławiński Janusz, Rasiński Zbigniew, Kwiatkowski Krzysztof, Dudek Mariusz, Nakielski Janusz , Zbigniew"Bubla" Nakielski, Kosz Leszek, Kurcewicz Leszek - Na dole: Tokarski Radosław, Ciechomski Andrzej, Żukowski Arek, Umieniuk Krzysztof, Koniński Dariusz, Mazurek Grzegorz, Ciechomski Dariusz "Pawlak", Borysiuk Andrzej, Kosz Radosław, Kozieł Marcin "Kempes".

Oprócz piłkarzy mogliśmy zawsze liczyć na doping naszych kibiców, nie szczędzących swoich gardeł na meczach u siebie i na wyjeździe. W tej grupie znaleźli się Ludwik Kwiatkowski, Leszek Kurcewicz, Stanisław Zduńczuk,  Marek Marczuk, Leszek Kosz czy Józef Kwiatkowski. Do tego trzeba dodać zawsze oddanego kierownika drużyny Adama Zduńczuka i resztę osób przychylnym okiem patrzących na drużynie Startu Pawłów.

Historia drużyny urywa się w 2000 roku i od tego momentu Pawłów jest piłkarską pustynią na piłkarskiej mapie Chełmszczyzny. Podzielił on los takich drużyn jak Tornado Krupe, Warka Syczyn, Polesie Lubowież, LZS Serebryszcze czy Zadrzew Zawadówka, których działalność została zakończona. Próbowano kilkukrotnie reaktywować klub zaczynając od szkolenia najmłodszych, jednak pomimo nowego boiska na terenie Szkoły Podstawowej czy planów remontu stadionu problemem była frekwencja. W dzisiejszych czasach młodzież strzela bramki czy ustala taktykę... na konsolach lub rozgrywa wirtualne mecze w internecie, które są bardziej atrakcyjne niż bieganie za piłką na torfowym boisku.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj stronę odwiedziło już 3 odwiedzający (60 wejścia) tutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=